sobota, 8 marca 2014

Rozdział 2



Auto Nialla pracowało na cichych obrotach, co tylko sprzyjało mojej krótkiej drzemce, która postanowiłam sobie w nim urządzić. Horan zerwał mnie brutalnie z łóżka o 9, nie dając mi nawet 5 minut na poleżenie sobie w miękkiej pościeli. Po tym jak dałam mu klucze do mojego nowego domu to wchodził do niego jak pan i władca, nawet nie pytając o pozwolenie. Czasem mnie to irytowało, ale bądź co bądź Horan to mój przyjaciel. Był jedyna osobą którą miałam na każde skinienie, więc nie narzekałam.
- Mała, obudź się. - usłyszałam jego cichy głos.
Podniosłam głowę i przejechałam dłonią po policzku czerwonym od zimnej szyby. Auto stało na parkingu wyłożonym szarą kostka brukową. Krople deszczu odbijały się od niego, tworząc przy tym bardzo irytujący dźwięk, który powoli wyrywał mnie z półprzytomności.
- Już, już... - spojrzałam przez przednią szybę.
Na przeciwko mnie rozlegał się długi budynek, przyozdobiony grafiti i kilkoma malutkimi oknami tuż przy dachu. Strzelnica. Otworzyłam drzwi, a szum deszczu stał się 2 razy bardziej irytujący, drażniąc moje uszy. Zdjęła z oparcia fotela kurtkę i nałożyłam ją, zakrywając głowę jej szarym kapturem. Chociaż sama nie wiem, czy moja fryzura mogłaby wyglądać gorzej niż teraz. Schowała ręce do kieszeni, wcześniej zamykając nimi z impetem drzwi. Niall spiorunował mnie wzrokiem.
- To nowe auto. - burknął – Rozumiem, że przeżywasz śmierć Adama i się nie wyspałaś, ale to nie upoważnia cię do tego, żeby niszczyć Felicję.
Zdusiłam szyderczy śmiech i kopnęłam kamień, który wpadł z pluskiem w pobliską kałużę.
- Felicja? - fuknęłam.
Wzruszył ramionami i podszedł do mnie wyciągając dłoń. Moje zdziwione spojrzenie przeniknęło go na wskroś, lecz mimo to niepewnie ją chwyciłam. Przeszyło mnie ciepło. Ciepło, którego tak bardzo teraz potrzebowałam. Niall uśmiechnął się splatając nasze palce. Spojrzałam na niego przygryzając wargę. Jego włosy, jak zwykle idealnie ułożone, niszczyły swój układ, kiedy deszcz jednostajnie je moczył. Nigdy nie patrzyłam na niego z tej strony, ale bądź co bądź, był dosyć przystojny. Pozwoliłam mu prowadzić się za rękę, mimo tego, że widziałam w nas tylko parę dobrych przyjaciół. Nic więcej. Uśmiechnęłam się krzywo i przeszliśmy przez bramę, wchodząc na telefon strzelnicy.
Do moich uszu dobiegł odgłos wystrzałów, który sprawił, że przeszły mnie dreszcze. Puściłam dłoń Nialla, cofając się do tyłu. Moje adidasy stawiały niepewnie kroki na mokrym betonie, którym wylany był plac przed strzelnicą.
- Liv... - rzucił sucho Horan – Nie wydurniaj się!
Fajnie. Wrócił stary bufon.
Ale ja dalej szłam do tyłu, nie zważając na to, że zaraz wpadnę na drucianą siatkę. Odliczałam tylko w myślach kroki, nerwowo trzęsąc dłońmi. Moje stopy były coraz szybsze, aż w końcu poniosłam tego konsekwencje. Pośliznęłam się na którejś z mniejszych kałuż. Ruszałam bezradnie rękami żeby nie upaść, ale coraz bardziej zbliżałam się do „czułego” spotkania z twardym jak diabli betonem.
Okazał się on jednak bardziej odległy niż mogłam się spodziewać.
Na mojej talii znalazły się czyjeś duże dłonie, podtrzymujące mnie, żebym nie upadła. Długie palce mocno zacisnęła się na moim brzuchu, nie dając mi możliwości nieprzewrócenia się. Mimo, że nie możliwe było to, żeby to Horan mnie złapał, jednak podniosłam wzrok, żeby upewnić się, czy to aby na pewno nie jego dłonie oplotły mnie, uniemożliwiając upadek.
Stał tam z uniesioną głową. Patrzył na coś nade mną.
Odchyliłam głowę, ale napotkałam niewielki opór. Kilka brązowych., lekko kręconych włosów opadło mi na czoło, zmuszając mnie do zamknięcia oczu. Gdy je otworzyłam napotkałam zimny wzrok zielonookiego bruneta, który lustrował moją twarz. Przełknęłam ślinę i lekko odsunęłam się od chłopaka, który nadal kurczowo trzymał moją talię nie pozwalając mi zrobić nawet jednego kroku.
- Ty pokrako. - syknął i nagle puścił mnie, rozprostowując gwałtownie palce. - Horan. - skinął na niego głową, a ja spoglądałam na bruneta zszokowana.
Jego włosy, mimo ciągle siąpiącego deszczu wyglądały tak, jakby przed chwilą je ułożył.
Laluś.
Podszedł do mnie nagle i chwycił za nadgarstek, ciągnąc w swoją stronę. Zaparłam się nogami patrząc błagalnie na Nialla, ale on tylko założył ręce na piersi i i skinął na mnie głową.
- No idź. To twój instruktor.
Spojrzałam na bruneta a on tylko wywrócił oczyma.
- Niall, nie sadzę żeby ktoś, kto boi się za mną pójść nauczył się strzelać. - mocniej zacisnął dłoń na moim nadgarstku.
- Puszczaj lalusiu! - warknęłam próbując bezskutecznie wyrwać rękę.
- Powiedziała pokraka. - odszczeknął się, zupełnie mącąc mi w głowie.
Stawiał pewnie każdy krok prowadząc mnie siłą do czarnych, metalowych drzwi prowadzących na strzelnicę. Zapierałam się nogami jak mogłam, aż w końcu odwrócił się i chwycił mnie w tali. Przerzucił mnie sobie przez ramię tak, jakbym była tylko zabawką, którą można rzucać i robić z nią co tylko by się mu podobało. Zaczęłam być go pięściami po plecach, nie bardzo mogąc nic tym wskórać. Spoglądałam na Nialla który obojętnie ruszył w stronę bramy.
- Wrócę po ciebie z godzinę. - rzucił tylko i szybkim krokiem podszedł do auta, uciekając przed deszczem.
- Palant. - syknęłam tylko poprawiając mokre włosy.
Brunet zatrzymał się i zacieśnił uścisk na mojej talii, sprawiając, że moje serce zaczęło bić dwa razy szybciej. Każdy jego palec po kolei oderwał się i ponownie przywarł do mojej talii z dwa razy większą siłą niż robił to wcześniej.
- Jeszcze raz nazwiesz mnie palantem to zrobię ci krzywdę.
Przełknęłam ślinę, a moje usta ułożyły się w cienką linię. Jak Niall mógł mnie zostawić z tym agresywnym typem?
- To nie było do ciebie – burknęłam delikatnie jeżdżąc palcami po jego plecach.
Cholera, co ja robię?
Jego uścisk rozluźnił się. Czyli coś jednak wskórałam swoim dziwnym gestem. Chłopak otworzył nogą drzwi, które bez trudu się uchyliły, ba, jeszcze odbiły się od wewnętrznej ściany budynku. Nie widziałam zbytu wiele, ponieważ gdy próbowała wykręcić szyję żeby zobaczyć co jest przed nami, jego ramię skutecznie mi to uniemożliwiało. Po chwili ku mojej uciesze, chłopak postawił mnie na ziemi,. Przejechał palcami po mojej talii, co przyprawiło mnie o dreszcze. Po chwili jednak przestał, a ja stałam tak i gapiłam się na niego zdziwionym wzrokiem.
- Jestem Harry, pokrako. - mruknął, zdejmując płaszcz.
Spojrzałam na moja przemoczoną kurtkę i westchnęłam. Zdjęłam ją i powiesiłam na wieszaku tuż obok jego płaszcza. Przejechałam dłonią po moich włosach. Nieco wilgotne, bez tragedii.
- Jestem Liv. - mruknęłam patrząc na niego.
- Nie obchodzi mnie to pokrako. - wyminął mnie sprawnie.
Otworzyłam usta żeby mu odpysknąć, ale jego groźba cały czas dzwoniła mi w uszach. Zrezygnowałam więc z chamskich odzywek i odwróciłam się w jego stronę. Szedł w stronę niewielkiej lady, przyozdobionej kilkoma pucharami. Zaczął rozmawiać z barczystym mężczyzną stojącym za nią. Uścisnęli sobie dłonie. Mężczyzna podał Harremu dwie pary przeźroczystych gogli i nauszników. Styles odłożył je na ladę i szybkim skinieniem ręki przywołał mnie do siebie. Zaczęłam powoli iść w jego stronę, jeszcze nieco zagubiona w nowym miejscu. Stanęłam przy ladzie, zaciskając pięści na jej brzegu. Rosły mężczyzna zlustrował mnie wzrokiem, a jego oczy zatrzymały się na moim dekolcie. Wykrzywiłam usta w grymasie zniesmaczenia, ale po chwili duża ręka Harrego znalazła się na białej, idealnie uprasowanej koszulce faceta.
- Podajesz mi te gnaty czy gapisz się na jej cycki, zboku? - warknął, puszczając jego koszulkę – Nie chcę widzieć, że robisz to znowu. Nigdy.
Zdziwiona przestąpiłam z jednej stopy na drugą. Powtarzałam te czynność, dopóki Harry nie wcisnął mi w ręce gogli i słuchawek. Miał w dużej, lewej dłoni jeszcze dwa czarne pistolety, których za żadne skarby świata nie chciałam dotykać. Na moje szczęście Harry odwrócił się nie podając mi żadnego z nich.
- Chodź. - rzucił i ruszył przed siebie bez żadnych wyjaśnień.
Ja nadal zszokowana tym, że tak oburzył się wścibskim wzrokiem tego mięśniaka, stałam w miejscu i ściskałam rzeczy, które mi dał, bojąc się, że moje drżące ręce je upuszczą.
- Olivia, chodź. - warknął już podirytowany, zatrzymując się w miejscu.
Ciesząc się, że w końcu zwrócił się do mnie po imieniu bez gadania ruszyłam za nim. Zatrzymał się przed dużymi, metalowymi drzwiami i otworzył mi je. Cóż za Gentleman.
Już przy otwieraniu drzwi całe, ciche jak dotąd pomieszczenie, wypełnił dźwięk strzałów i upadających na ziemię łusek. Zatrzymałam się przerażona, i złapałam się ręką framugi drzwi. W moich myślach zaczęły wirować obrazy z nocy, w której zamordowano Adama. Strzał, jego martwe, zakrwawione ciało i mordercza kula w mojej dłoni.
- Nic nie jest? - usłyszałam ciche mruczenie tuż nad uchem.
Pokręciłam głową, a moje kolana zaczęły się trząść. Harry stanął przede mną.
- Płaczesz. - stwierdził sucho.
Sama nie byłam tego świadoma, ale faktycznie łzy moczyły całe moje policzki. Pociągałam co chwila nosem, a on wywrócił oczyma.
- Nie maż się pokrako. - wszedł do środka.
Westchnęłam i od razu nałożyłam nauszniki na uszy. Nieco stłumiło to odgłosy wystrzałów, co poprawiło mój stan psychiczny. Ruszyłam za nim na Jeszce nieco trzęsących się nogach. 3 „tarcze”, czyli białe kartki papieru z sylwetką człowieka, były ostrzeliwane przez jakichś mężczyzn. Robili to tak, jakby nie obchodziło ich to, że przed nimi jest sylwetka człowieka. Z każdym kolejnym krokiem postawionym w tej strzelnicy czułam się coraz mniej pewnie. Przerażało mnie tu absolutnie wszystko – od wystrzałów do bezwzględności tych mężczyzn.
Harry zatrzymał się 10 metrów od jednej z tych okropnych „tarczy” i odłożył pistolety na ziemię. Nałożył gogle i kazał mi skinieniem ręki zrobić to samo. Nałożyłam je niezdarnie. Brunet przewiesił swoje słuchawki na szyi. Od kilku minut bacznie mnie obserwował i zdjął mi dłonią słuchawki.
- Czemu płakałaś? - zapytał neutralnym tonem, patrząc się na tarczę.
Przeczesał palcami włosy i przeniósł wzrok na mnie. Jego zielone oczy zdawały się wywiercać mi dziury w źrenicach.
- Po prostu nie lubię huku strzałów. - westchnęłam, bawiąc się własnymi palcami.
- Nie lubisz huków strzałów bo...? - dopytywał się.
Nie był taki głupi, za jakiego go miałam.
- Tydzień temu zamordowano mi brata. - mruknęłam niechętnie – Byłam przy tym. Ktoś go zastrzelił, nie wiem dlaczego. - zakończyłam, ocierając łzę spływającą mi po policzku.
Harry zlustrował mnie wzrokiem. Schował dłonie do kieszeni jeansów nic nie mówiąc. Myślałam, że to był akt jego bezsilności, ale szukał czegoś w kieszeniach. Po chwili w jego prawej ręce znalazła się biała karteczka. Podał mi ją. Niepewnie wzięłam ją w ręce, obracając w palcach.



Spojrzałam na niego i westchnęłam.
- Po co mi to? - zapytałam ignorancko, wkładając wizytówkę do kieszeni.
- Dzwoń. Jakbyś się wywróciła pokrako albo potrzebowała pomocy.
- Skąd ten pomysł, że potrzebuje pomocy? - mruknęłam, delikatnie bujając się z pięt na palce.
Wywrócił oczyma.
- Horan mi powiedział o twoich obawach. Powiedział mi też o zabójstwie, chciałem tylko żebyś się przede mną otworzyła. - mruknął, podnosząc pistolety z ziemi.
Otworzyłam szeroko oczy nie wierząc własnym uszom. Ten Niall, któremu tak bardzo ufałam potraktował moje sekrety jak jakąś świeżą ploteczkę którą można rozpowiedzieć. Burknęłam coś pod nosem.
Podniosłam wzrok i dojrzałam przed moją twarzą czarny pistolet. Przełknęłam gule w gardle. „Bądź silna Liv!”. Wzięłam pistolet do drżącej ręki.
- Dzielna. - powiedział Harry. - Załóż nauszniki, bo znowu się rozryczysz,.
Moje policzki przybrały kolor czerwieni. Złość powoli mnie ogarniała, ale starałam się tego nie okazywać. Obróciłam pistolet w palcach.
- Zaczynajmy. - szepnęłam czując nagły kopniak adrenaliny.
Broń idealnie wpasowała się w moją dłoń, którą drżała coraz mnie. Miałam wtedy taki uczcie, że gdybym spotkała na tej strzelnicy zabójcę Adama, to mimo to, że nie wiem jak używa się tej broni, zabiłabym go na miejscu.
Ale to było tylko uczucie.

* * *

Niall był dzisiaj na mojej czarnej liście. Nie dość, że musiałam spędzić godzinę z Harrym, który strasznie sceptycznie podchodził do mojej nauki strzelania, to jeszcze piechotą musiałam iść do pracy w tym deszczu, ponieważ szanowny pan Styles nie zaproponował mi podwózki.
On też był palantem.
Układałam właśnie jakiś mały bukiecik na idealnie czystej ladzie dla zestresowanego 40 latka, który nerwowo kręcił się op kwiaciarni.
- Urodziny żony czy rocznica ślubu? - zapytałam cicho, wiążąc na zielonych łodyżkach małą kokardkę.
- Rocznica. - powiedział, palcem wskazującym odciągając kołnierz łososiowej koszuli od szyi.
W ręce trzymał marynarkę a pod jego pachami widziałam nie małe plamy potu. Aż tak się stresowa? Podałam mu bukiecik.
- Na koszt firmy. - powiedziałam z wymuszonym uśmiechem.
Chyba mnie nie słuchał, tylko wyjął z kieszeni banknot 50 funtowy a ja otworzyłam szeroko oczy.
- Reszta dla pani. - powiedział i prędko opuścił budynek.
- Ale ten bukiecik to tylko 5 funtów... - powiedziałam z każdym słowem ściszając ton głosu.
Był już w swoim aucie, które widziałam zza przeszklonych szyb kwiaciarni. Westchnęła i włożyłam banknot do kasy. Wyciągnęłam z niej 45 funów i spojrzałam na nie. Uśmiechnęłam się mimo woli i schowałam je do mojej kremowej portmonetki schowanej pod ladą.
- Może w końcu kupię sobie coś nowego. - spojrzałam na swój stary, wyciągnięty sweter który miała na sobie.
Adam mi go kupił. Łza zakręciła jej się w oku, ale prędko ją starłam. Delikatnie uniosłam kąciki ust, kiedy do usłyszałam cichy dzwonek oznajmiający wejście nowego klienta. Moja twarz znowu przybrała wesołą maskę. Bądź silna Liv, bądź silna.

* * *

Weszłam do domu około 20. Każdy mój krok był ospały i ociężały. Prawie zasnęłam układając bukiet róż, kalecząc przy tym palec, który zaraz potem opatrzyłam białym plastrem.
Rzuciłam kurtkę niedbale na któryś z kartonów i weszłam do kuchni. Coś było nie tak. Byłam pewna że zamykałam do niej drzwi gdy wychodziłam z domu. A może byłam zbyt senna żeby o tym pamiętać? Weszłam w głąb pomieszczenia, a na moją twarz wkradł się minimalny uśmiech. Na końcu lady stała butelka białego wina, które zapadło mi w pamięci.
Podeszłam do niego i chwyciłam je w rękę, delikatnie gładząc kciukiem idealnie gładką etykietę. Spojrzałam na ladę i dostrzegłam na niej mały liścik. Z uśmiechem chwyciłam go w palce, odstawiając wcześniej ostrożnie butelkę.



Lekko powiększyłam uśmiech i westchnęłam patrząc na butelkę.
- Szkoda tylko, że nie mam kieliszków.

Nowy rozdział za tydzień, komentujcie x


7 komentarzy:

  1. Podoba mi się. Wciąga: ) Czekam na kolejny rozdział :P

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo mi się podoba :) wracam za jakiś czas i czytam 3 rozdział

    OdpowiedzUsuń
  3. To było świetne :)
    dziękuje ci za ten ff :)

    OdpowiedzUsuń
  4. wciągnęło mnie niesamowicie! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zaczyna mi się podobać jeszcze bardziej :)) @Nann_loves1D xx

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetne ff :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Liv coraz bardziej mi się podoba, za to Harry nazywaniem jej "pokraką" niezmiernie mnie ubawił :D

    OdpowiedzUsuń

Szablon by S1K